Część VII - Jedzenie
Na zupełnie osobną, przepyszną, wzmiankę, zasługuje nasze urlopowe jedzenie. Spodziewałam się, że w wielu miejscach (semi)wegetariance trudno będzie znaleźć coś dla siebie – niesłusznie. Rzeczywiście w Hanoi, gdzie było wiele megaturystycznych miejsc, wegetarianie (i, o zgrozo, weganie!) traktowani byli jak przybysze z obcej planety i często dostawali najgorsze części warzyw. Dla przykładu: w pewnej trendy knajpce koło katedry w Hanoi K. zamówił to samo danie co ja, ale mięsne. Jego danie miało pięknie pokrojone marcheweczki, ich najbardziej pomarańczowe części, piękne pak choye, ich najbardziej zielone części. Moje danie, takie samo, ale bezmięsne, składało się z białych końcówek pak choyów i pożółkłych marchewek. Niby to samo danie, a jednak nie do końca. Szczytem szczytów było w pewnej turystycznej knajpie na wyspie Cat Ba podanie mi „ryżu z warzywami” w postaci smażeniny ryżowej z groszkiem i marchewką z mrożonki. Dla dobrej atmosfery oczywiście przemilczałam tę kwestię. Można po...