Część III - Sajgon
Pierwszy wieczór świętujemy na drinku w doskonałym Caravelle Saigon, hotelu, w którym zachodni korespondenci spotykali się z politykami podczas wojny w Wietnamie. Żałuję, że nie popełnię kompetentnego posta o wojnie w Wietnamie, obawiam się jednak, że moja historyczna niemoc rozróżnienia stron i interesów spowodowałaby, że de facto amerykanie mogli by stać po nie tej stronie, po której stali naprawdę 😉. Jeśli szukacie informacji o wojnie w Wietnamie, przystępnie podanych, zajrzyjcie do Jonathana Schella, „Wietnam w ogniu”, wyd. Czarne.
Caravelle ma kilka barów w różnych stylach i z niejaką nieśmiałością pytamy na dole hotelu, czy możemy wjechać na dach. Oczywiście jesteśmy gośćmi hotelu. Na pewno jednak jesteśmy dość niedoubrani, bo w japonkach. Caravelle doczekało się własnej książki o historii i robi naprawdę ogromne wrażenie. Drinki są tu przepotwornie drogie (następnego dnia apka karty kredytowej stwierdza nietypowy zakup i pyta, czy to na pewno byłam ja) i przepyszne. Orzeszki też są przepyszne, zjadam cały słoiczek. Z widokiem na Sajgon popijamy drinki, a nogi same rwą się do tańca do doskonałej muzyki na żywo na odbywającym się właśnie czyimś weselu. Bogacze, myślę, organizują śluby w Caravelle Saigon. Klimat jest nieziemski.
Kolejny dzień spędzamy na wycieczce do rezerwatu Can Gio (małpki i krokodyle) – dla miłośniczki zwierząt jak ja to zawsze najważniejsze dni w całej podróży. Bardzo podoba nam się atmosfera dżungli (lepiej nie zbaczać z wytyczonej ścieżki, w najgorszym razie spotka się rybę, która chodzi po plaży, w najgorszym może nawet zabłąkanego krokodyla?). Przewodnik opowiada historię o żołnierzach armii amerykańskiej, który zawsze nosili ze sobą kaczki. Jeśli zobaczyli krokodyla, wypuszczali kaczkę i w ten sposób udawało im się ujść z życiem. Teraz krokodyle są odgrodzone, nie wiadomo, czy to ludzie od nich, czy może one od ludzi. W naszej wycieczce udział biorą ludzie z całego świata, ze Stanów, Izraela, Wielkiej Brytanii. Jesteśmy przedziwną mieszanką języków i zainteresowań, przy czym małpki tak naprawdę kręcą niewiele osób.
Na Can Gio odwiedzamy rezerwat makaków, targ rybny, wymarły kurort nad morzem oraz ponownie małpki i wystawę w dżungli. Z moich obserwacji wynika, że w wielu miejscach turystom udostępnia się tu przedziwne ekspozycje w b. obozie, b. szpitalu polowym etc., gdzie za bohaterów robią przerażające kukły – ubrane w moro mają pokazywać wietnamską ludność albo armię. Lepiej nie zapuszczać się tu samemu, zawał, kiedy zobaczy się gościa z karabinem w dżungli – murowany 😉. Podobnie rzecz może się mieć w przypadku, jeśli w jednym ze stawków zobaczycie krokodyla. To tylko plastikowa atrapa, ale znowu – kto tam wie…
Jedno, czego nigdy nie zapomnę z Sajgonu to Muzeum Ho Chi Minha. Generalnie jego muzea znajdziecie w każdym niemal wietnamskim mieście, ale my akurat odwiedziliśmy to, największe, najbardziej reprezentacyjne, bo w mieście Ho Chi Minha. Po wejściu do środka widzicie młode panie pilnujące ekspozycji, które co chwila dzwonią do siebie między piętrami za pomocą telefonów stacjonarnych. Brzmi znajomo? Tak, czysty PRL. Podobne wrażenie mieliśmy w muzeum historii (czyli po ichniemu: muzeum rewolucji, naprawdę) w Hanoi. Cała wystawa Ho Chi Minhowska utrzymana jest w tonacjach beżowo-brązowych, zawiera mnóstwo źle opisanych dokumentów i dziwaczne przedmioty (jak na przykład wykałaczkę, której kiedyś użył wujaszek Ho). Myślę że każdy znajdzie tu coś dla siebie, niekoniecznie jednak w sensie pozytywnym. To, na co jednak warto zwrócić uwagę, to roztaczający się z kolonialnego budynku przepiękny widok na panoramę miasta oraz statek, którym Ho wyruszył na studia do Europy.
Komentarze
Prześlij komentarz