Część IV - Hue i Hoi An


Wolno przesuwam się nad rafą koralową. Spogląda na mnie błękitna rozgwiazda. Wpływam w ławicę, współpłyniemy przez chwilę. Wynurzam się, na powierzchni w fale walą wielkie krople, zaczyna się burza. Przepięknie jest w Hoi An i okolicach – piszę o tym miejscu będąc tu. W przewodniku piszą, że nie wie się nic o Wietnamie, jeśli nie było się na centralnym wybrzeżu. Nie wiem, czy to prawda, ale centralne wybrzeże stanowczo należy do najpiękniejszych i najbardziej relaksujących miejsc Wietnamu. Oczywiście, trzy tygodnie to stanowczo za mało, żeby zobaczyć wszystko. Ale centralne wybrzeże, mimo że nieco turystyczne, bardzo warto odwiedzić.

Historycznie rzecz ujmując to tu znajdują się najciekawsze budowle militarne (cytadela w Hue), grobowce cesarzy, sanktuaria oraz linia podziału Wietnam Południowy – Wietnam Północny. Zresztą jedna z głównych baz lotniczych wojny wietnamskiej znajdowała się właśnie w okolicach miasta Hue.
W Hue mieszkamy w naprawdę niesamowitym miejscu. Hotel Soleil ma na dachu szklarnię (ok, z zasłonkami) i wielkim tarasem, które wynajmujemy za jakieś 60 PLN za dobę. Nocą popijamy sikacza (tu akurat lokalne piwo nazywa się Huda, ale jest tak samo słabiutkie jak wszędzie indziej, to prawda, że Azjaci piją mało alkoholu, i słaby), a deszcz wali w dach naszej szklarni wielkimi kroplami. Rano niebo jest szare, powietrze duszne, a deszcz wraca dopiero wieczorami. Cieszymy się, że mieszkamy dalej od centrum. Dźwięki tutejszej techniawki niosą się nawet na kilkaset metrów od ścisłego centrum. Po mieście jeździ kilkunastu gości w pelerynach. Zatrzymują się przy krawężniku i donośnym szeptem pytają: „Marijuana?”, „Weed?”. Pamiętajcie, że tutaj za posiadanie narkotyków grozi kara śmierci, warto więc od podobnych panów trzymać się z daleka. Przewodnik zaleca urywać taki dziwny kontakt. Nie jest to proste, bo oczywiście wielu turystów trawę od lokalsów po prostu kupuje, więc jest się z góry postrzeganym jak chodząca żyła złota, niezależnie od tego, czy chce się coś kupić, czy nie.

W okolicach Hue po raz pierwszy docieramy na plażę. Jest piękna, wielka. Idziemy spory kawałek do przodu, aż zachciewa nam się jeść. Szukamy jedzenia, dotarliśmy tu jednak poza sezonem. Jedyna możliwość to przejście kilku kilometrów do położonego przy kolejnej plaży beach baru. Tu po raz pierwszy kąpiemy się w wielkich falach Morza Południowochińskiego. Niemal gubię w nich dół od bikini. Sympatyczna lokalka próbuje sprzedać mi muszelki i wyłowione z morza gumki do włosów białych turystek. Kuszące, biorąc pod uwagę, że propozycja zbiega się w czasie z pęknięciem mojej gumki, którą jednak poddaję recyclingowi. Pierwszy raz w życiu w Wietnamie używam gumki o związanych końcach. Lokalka bierze mnie za rękę, kładzie na niej swoje skarby, mówi „Patrz, piękne” (tak myślę, bo nie rozumiem ani słowa). Nie decyduję się nic kupić, przemieszcza się więc do półnagiej pary pod baldachimem Beach Bar Hue. Zamawiamy taksówkę, nie dojeżdża tu żaden autobus, i po godzinie jesteśmy znowu w centrum Hue.
Słowem wiążącym się z przepięknym Hoi An są: Czamowie. Tak, ja do niedawna też nie wiedziałam, kto zacz. Warto jednak wysilić się i pojechać na skuterze godzinkę śmiercionośną autostradą, żeby zobaczyć My Son czy inne sanktuaria. Czamowie – wcześniej plemię, dzisiaj w zasadzie część wietnamskiej etnii – zamieszkiwali teren środkowego Wietnamu, gdzie osiedlali się już od 1 w.n.e. Inspirowane głównie hinduistycznymi świątynie powstawały na terenie dzisiejszego Wietnamu, Laosu, Kambodży. Ich ułożenie geograficzne, elementy budowy oraz wyposażenia, a nawet kolorystyka niosą ze sobą bogatą symbolikę. I znowu, jak w przypadku tematów historycznych, można byłoby napisać o tym książkę.

Komentarze

Popularne posty