Część II - Can Tho

Po dusznym i megaturystycznym Hanoi lecimy do miejsca, gdzie nie ma turystów, a wzdłuż brzegu świszcze wiatr. Zaduch ustępuje miejsca lekkiej ciepłocie. Po raz pierwszy widzimy, jak może wyglądać pora deszczowa – niespodziewana, zła i bura. Strugi deszczu, temperatura obniża się znacznie (ok, znacznie czyli do 25 stopni). 

Z lotniska jedziemy do naszego domku taksówką (nie jeździ tu żaden autobus, lotnisko za małe), wydaje się, że jedziemy całą wieczność, taksi kosztuje aż 30 pln. Kierowca nie jest w stanie dotrzeć do naszego domu, wysadza nas na wąskich uliczkach. Po przyjeździe idziemy na śniadanie. Właściciele knajpy – ani słowa po angielsku, menu nietłumaczone. Siadamy i za pomocą Google Translate staramy się przełożyć menu na coś bardziej zrozumiałego, bezskutecznie. Ostatecznie ja zamiast warzyw zamawiam ryż z wołowiną, bardzo interesujące danie. Dobrze, że raczej uważam się za semiwegetariankę, w przeciwnym razie mogłoby być ze mną ciężko. K. nawet nie udaje, że będzie szukać znośnego napoju do śniadania, od razu zamawia piwo, Nummer sicher, ja mam wodę. Przynajmniej wiadomo, co przyniosą. Piwo jednak serwowane jest w szklance z gigantycznymi (na oko 7 x 3 cm) kostkami lodu. No, schłodzić na pewno się można.

W Can Tho mieszkamy na poddaszu w malutkim pokoiku u lokalki Le, która ma sklep z własnoręcznie wykonanym rękodziełem oraz kawiarnię. Po przybyciu okazuje się, że na ich tarasie właśnie trwa segregacja warzyw przez kobiety z rodziny. Zdejmujemy buty i drepczemy pośród szpinaku na górę do naszego pięknego lokum. Le przynosi nam herbatę i własnoręcznie upieczone ciasto. Mimo że miejsce nie jest idealne, np. kąpać trzeba się w łazience z przezroczystymi drzwiami, która znajduje się w kuchni – sprawa nie do końca komfortowa, jeśli Le ma akurat znajomych. Zęby za to myjemy w zlewie na balkonie piętro niżej od sypialni.

Przemiłe miejsce jest super bazą wypadową nad Mekong. Wstajemy zbyt późno, by zobaczyć cały targ na rzece, ale za 500.000 dongów wynajmujemy wspaniałego lokalsa, niemówiącego słowa po angielsku, który wiezie nas do fabryki nudli i na farmę owoców. Za komunikaty służy nam wyświechtana karteczka w portfelu hosta: „Noodle Factory, ok?”, „Fruit Garden ok?”, na co za każdym razem przystajemy: „ok, ok”. Na środki rzeki można kupić przeróżne owoce i warzywa. Łódki są oznakowane masztami z ponadziewanymi ananasami, arbuzami, szpinakami. Oznacza to, co dostaniemy u danego sprzedawcy.

Tak biegnie dzień, przy szumie silników, wciskaniu przez handlarzy drewnianych grzebyczków i niemalże obowiązkowym obiedzie na farmie. W Can Tho obchodzimy też całą promenadę przy plaży i o ile część przy centrum podoba mi się ze względu na łodzie, o tyle dalej położony odcinek z targiem z owocami morza robi już na mnie dość przygnębiające wrażenie. Trzydzieści stoisk z rybami w lodzie i ani pół klienta. Może dopiero przyjdą, może już byli, na razie widok nie zachęca. Na pewno jest to ciekawa propozycja dla gotujących, można zobaczyć wiele ryb, których się dotąd na oczy nie widziało. 

Po południu rozpadało się na dobre. Docieramy przemoczeni do domu Le, skąd odjeżdżamy Grab a Car – świetny wynalazek, z którym przejedziecie pół miasta za równowartość 10 PLN (a już na pewno jazda na lotnisko – będzie dwukrotnie tańsza niż przejazd zwykłą taksówką). Autobus z leżankami zmierzający do Sajgonu jedzie trzy czy cztery godziny wzdłuż pól ryżowych i przydrożnych knajpek z hamakami. Na wieczór docieramy do bardzo europejskiego, wyszczotkowanego miasta, tak różnego od Hanoi. Mamy przepiękny pokój z nieco zagrzybionym balkonem w III dzielnicy. Słychać łubudubu lokalnej dyskoteki, ale przynajmniej wszędzie jest blisko. Materac jest wygodny, pokój zaciemniony, można spać dobrze i długo.

Komentarze

Popularne posty