Dzień ósmy - Santillana del Mar, okolice Santander
Po południu docieramy do Santillana del Mar, nazywanego najpiękniejszym miasteczkiem w Hiszpanii. Nie wiem, czy nieco na wyrost (tabuny turystów!), ale trzeba przyznać, że uroczo jest. W Santillanie jest katedra (zamknięta w czasie siesty), pałac (zamknięty w czasie siesty) i klasztor do zwiedzenia (zamknięty w czasie sisety). Na szczęście kawiarnie są w czasie siesty otwarte, pijemy więc sok pomarańczowy (nikt nie pyta, czy z butelki, tylko wyciska oczywiście, jak we wszystkich miejscach przez nas odwiedzonych) kilka hiszpańskich pomarańczy.
Wieczorem, po długich poszukiwaniach, docieramy na kemping drugiej klasy w pobliżu Santander. Okazuje się, że druga klasa nie jest wcale gorsza niż pierwsza (ok, za ciepłą wodę w prysznicu trzeba zapłacić), za to w pobliskiej restauracji (również obsługiwanej przez tę samą rodzinę), gotuje babcia, obsługuje mama, a dostawy zapewniają bracia. Ciekawy, godny polecenia model biznesowy. W każdym razie mój dorsz w sosie (dorsz tylko w sosie, bierzesz albo nie ma kolacji) jest wybitna.
Wieczorem, po długich poszukiwaniach, docieramy na kemping drugiej klasy w pobliżu Santander. Okazuje się, że druga klasa nie jest wcale gorsza niż pierwsza (ok, za ciepłą wodę w prysznicu trzeba zapłacić), za to w pobliskiej restauracji (również obsługiwanej przez tę samą rodzinę), gotuje babcia, obsługuje mama, a dostawy zapewniają bracia. Ciekawy, godny polecenia model biznesowy. W każdym razie mój dorsz w sosie (dorsz tylko w sosie, bierzesz albo nie ma kolacji) jest wybitna.
Komentarze
Prześlij komentarz