Dzień drugi - Gernika, San Sebastian, Orio

Na północy Hiszpanii jednym z najważniejszych miejsc dla kultury europejskiej jest oczywiście Guernica, bask. Gernika, i tu udajemy się w pierwszej kolejności, S. z powodu zainteresowania wojną domową, ja bardziej z powodu zainteresowania sztuką współczesną. Zabrakło tym razem czasu, aby udać się do Museo de la Paz, ale pomnik mówi sam za siebie.

Oprócz ataku z 1937 roku i pomnika Gernika obecna jest w historii dzięki Casa de Juntas. Oryginalny pień dębu, pod którym rzekomo spotykali się decydenci miasta, nadal stoi obok budynku. Nowe dęby sadzone są natomiast z tyłu budynku (oględnie rzecz ujmując, teraźniejszy dąb wygląda na dość martwy, ale podobno jest w fazie resuscytacji, jak poinformowała mnie pewna Hiszpanka). Dzisiaj Casa de Juntas to po prostu miejsce spotkań parlamentu.  

Po Gernice udajemy się do San Sebastian. W całym mieście nie ma nawet pół miejsca parkingowego, nie chciałabym widzieć go podczas festiwalu we wrześniu... S. jest zdenerwowany i wyjeżdżamy z miasta bez nawet spojrzenia na morze.

Ciszę odnajdujemy w Orio, na kempingu nieopodal morza. Naszym kempingowym sąsiadem jest mieszkający w Wielkiej Brytanii mężczyzna pochodzący z RPA. Człowiek ma fantastycznego Jeepa, na którym przyklejona jest naklejka Camel Trophy. Na dachu ma namiot, jaki wykorzystuje się zapewne w Afryce podczas obserwacji lwów oraz kanistry z benzyną, gdyby w północnej Hiszpanii zabrakło stacji benzynowych. Podczas deszczu wyciąga wspaniałą beżową kurtkę, przygotowany jest na każdą pogodową ewentualność. W środku samochodu, jak się potem okazuje, facet ma również lodówkę, która następnego dnia nie pozwoli samochodowi nawet odpalić. Not very cool.

U nas tymczasem świetne wino z sąsiadującego regionu Nawarra. Kosztowało mniej więcej 3 euro i wraz z pierwszym prawdziwym hiszpańskim wydaniem El Pais w ręku jest sednem wakacji.

Komentarze

Popularne posty