Dzień trzeci - Irun, Iruña, Noja
Te dwa zdjęcia w zasadzie nie powinny być obok siebie. Po prawej Pampeluna, nazywana po hiszpańsku również Iruñą, miasto lipcowych gonitw byków, miasto Hemingwaya, po lewej - Irun, niewielkie urocze miasteczko tuż przy granicy francuskiej, gdzie nie rozpoznajesz centrum, będąc w samym jego środku. Dwa miasta stały się bohaterami naszej największej pomyłki urlopowej: oczywiście zmierzaliśmy do Pampeluny, aby zobaczyć mury miasta, cytadelę, posiedzieć w kafejce, gdzie gościł Hemingway i gdzie rzekomo powstała część dzieł i zobaczyć jego ulubiony hotel, z którego obserwował pogoń byków. Znalazłszy się w centrum Irun, drugiego miasta, zapytaliśmy przechodzącą obok nas dziewczynę, gdzie jest centrum i pokazaliśmy mapę Iruñi. Ona na to, że to nie to miasto, bo jesteśmy w Irunie. Wyobraźcie sobie nasze miny...
Wieczorem w Noja naprawdę zła pogoda. Wiatr, deszcz siecze w poprzek. Na szczęście Noja oprócz fantastycznych plaż na dobrą pogodę ma bardzo dobre bary na gorsze dni, nic więc straconego. Następnego dnia spróbowałam wreszcie surfingu (nie muszę chyba mówić, że dla światowego surfingu był to bardzo ważny dzień) i stwierdziłam, że nigdy więcej tego sportu w grupie. Powierzanie życia trzynastolatkom z wielkimi deskami w wierze, że potrafią zapanować nad sprzętem (zapewniam: nie potrafią!) każdą przeciętnie rozumującą dorosłą osobę przyprawiłoby o ciarki.
Wieczorem w Noja naprawdę zła pogoda. Wiatr, deszcz siecze w poprzek. Na szczęście Noja oprócz fantastycznych plaż na dobrą pogodę ma bardzo dobre bary na gorsze dni, nic więc straconego. Następnego dnia spróbowałam wreszcie surfingu (nie muszę chyba mówić, że dla światowego surfingu był to bardzo ważny dzień) i stwierdziłam, że nigdy więcej tego sportu w grupie. Powierzanie życia trzynastolatkom z wielkimi deskami w wierze, że potrafią zapanować nad sprzętem (zapewniam: nie potrafią!) każdą przeciętnie rozumującą dorosłą osobę przyprawiłoby o ciarki.
Komentarze
Prześlij komentarz