Nasze wielkie sycylijskie wakacje - dzień 1: Palermo
Palermo śmierdzi moczem, brudem, zaschniętym jedzeniem, bezdomnymi. Przy
40 stopniach w cieniu zapachy mieszają się w dziką kakofonię i uderzają
w nozdrza z całym impetem. W Palermo nie ma ani jednego samochodu z
dwoma lusterkami, a każde auto ma obtarte absolutnie wszystkie zderzaki. Nikt nie mówi po angielsku, nawet w knajpach. Palermo jest za to bardzo prawdziwe. Wystarczy odejść o kilka kroków od głównej, wiecznie zatłoczonej i trąbiącej via Vittorio Emanuelle i już staje nam przed oczyma wąziutka uliczka na jeden skuter (w którą notabene wciśnie się bez problemu jedno auto normalnie, a drugie po ścianie), pełna sklepów z przyprawami, straganów z zegarkami, otwieraczami do konserw i sztucznymi kwiatami (swoją drogą zadziwiające jest, że zapotrzebowanie na taki kicz ręcznikowo-klapkowo-magnesowy jest aż tak spore) oraz barów, gdzie mężczyźni pykają w kości. To, co dla kontynentalnych Europejczyków może być zaskakujące to fakt, jak wiele osób egzystuje non-stop na ulicy. Mieszkańcy Palermo wystawiają krzesełka i ławeczki na chodnik (nawet jeśli chodnik ma 50 cm szerokości) i zasiadają na nich. Doglądają prania, które też suszy się w zasadzie na ulicy, rozmawiają z sąsiadami, którzy swoje krzesełka wystawiają tuż obok. Z naszego balkonu widzieliśmy na przykład, jak jakaś pani co rano wystawia swoje kanarki na gzyms tuż nad ulicą Vittorio Emanuelle. Jak czyści balkon, karmi ptaki. Jak wygląda z okien swojego mieszkania. Z okna pierwszego, okna drugiego, okna trzeciego. Obserwuje ulicę, sąsiadów, fryzjera.

W Palermo odwiedziliśmy: "Fontannę wstydu" (fot. 2) - podobno była ona zbyt bezwstydna dla odwiedzających ją mniszek, które pourywały nosy wszystkim męskim postaciom (nie odważyły się na bardziej stanowczy przejaw niechęci wobec męskich architektów), Quatro Canti, Katedrę (fot.3), która z zewnątrz rzeczywiście godna jest polecenia, wewnątrz jednak ustępuje stylem wielu kościołom, chociażby w Palermo. Wycieczka poprowadziła dalej do Palazzo dei Normani (krużganki na fot.4) - zwiedzenie tego budynku warte jest absolutnie każdych pieniędzy. Niebywałe połączenie stylów, wzorów, elementów, kolorów, przyprawia o oczopląs. Niestety budynek jest obecnie siedzibą parlamentu sycylijskiego, niemożliwy jest więc dostęp do wielu pomieszczeń, a i te, które są udostępnione, zamyka się w dniach posiedzeń. Tym niemniej warto rzucić okiem, chociażby na przepiękną kaplicę. Wycieczka prowadzi dalej do budynku z czerwonymi kopułami, obecnie już nieużywanego (wcześniej kościół).
Tego samego dnia wieczorem odwiedziliśmy najbardziej makabryczną wystawę, jaką kiedykolwiek przyszło mi oglądać. W piwnicach zakonu mnichów kapucynów oglądać można kilka tysięcy ciał/lepiej lub gorzej zachowanych szczątków. Są wśród nich osoby przeróżnego stanu, zawodu, w różnym wieku. Obejrzenie prawie 2000 ciał, czaszek, podartych ubrań przyprawia o dreszcze. Największe wrażenie robi, i powie to każdy, kto był w środku, ciało dwuletniej dziewczynki, która wygląda, jakby spała w malutkiej kołysce. Na gładziutkich policzkach rumieniec, oczka zamknięte. Przerażający widok! Całe szczęście, że w większości przewodników (przynajmniej polskim, który miałam ja, i angielskim, który miał S., ulica, przy której znajduje się to miejsce jest błędnie podana. Na dobrą sprawę człowiek czuje się naprawdę dziwnie po wizycie (dobrowolnej, sic!) w takim miejscu!
Sycylijczycy, nawet w sklepach dla głupich turystów, są bardzo uprzejmi - pokazują, dają do spróbowania, polecają.
Chociażby dlatego warto wchodzić, oglądać, wąchać i dotykać - żeby zobaczyć tych prawdziwych Sycylijczyków, którzy z przyjemnością ukroją nam sera z wielkiej beli albo podadzą makaron. Nigdy nie spotkaliśmy się z niemiłą reakcją na naszą obecność lub
dociekliwość i jedynie raz zostaliśmy przykładowo po sycylijsku
okantowani na kasę (pan na jednym z campingów chciał w markecie 10 euro za dwa piwa i butelkę wody) - myślę, że można to uznać za dobry wynik jak na
pierwszą podróż.
W Palermo odwiedziliśmy: "Fontannę wstydu" (fot. 2) - podobno była ona zbyt bezwstydna dla odwiedzających ją mniszek, które pourywały nosy wszystkim męskim postaciom (nie odważyły się na bardziej stanowczy przejaw niechęci wobec męskich architektów), Quatro Canti, Katedrę (fot.3), która z zewnątrz rzeczywiście godna jest polecenia, wewnątrz jednak ustępuje stylem wielu kościołom, chociażby w Palermo. Wycieczka poprowadziła dalej do Palazzo dei Normani (krużganki na fot.4) - zwiedzenie tego budynku warte jest absolutnie każdych pieniędzy. Niebywałe połączenie stylów, wzorów, elementów, kolorów, przyprawia o oczopląs. Niestety budynek jest obecnie siedzibą parlamentu sycylijskiego, niemożliwy jest więc dostęp do wielu pomieszczeń, a i te, które są udostępnione, zamyka się w dniach posiedzeń. Tym niemniej warto rzucić okiem, chociażby na przepiękną kaplicę. Wycieczka prowadzi dalej do budynku z czerwonymi kopułami, obecnie już nieużywanego (wcześniej kościół).
No nareszcie się doczekałam! ;-)
OdpowiedzUsuńResztę opowiesz mi jutro, prawda?
jasne :)
OdpowiedzUsuń