Dzień 3 - pobudka w San Leone, zachód słońca na Capo Campolato

Budzimy się w San Leone. Pogoda przepiękna. Przed śniadaniem idziemy popływać. Śniadanie jemy pod drzewkiem oliwnym w drodze do Valle dei Templi, jednego z dwóch największych kompleksów świątyń na Sycylii. S. jest zachwycony stopniem zachowania niektórych budowli. Zgodnie jednak uznajemy, że pomysł z  budynkami ze sztuką nowoczesną, która niby ma przekazywać ideę starożytnych bogów, jest zupełnie nieudany i dość niepasujący do reszty zabytków. Wsiadamy w samochód gotowi na długą drogę do Villa dei Casale, miejsca, w którym zachowane są prastare mozaiki z III w. p.n.e. Niestety do tego miejsca nigdy nie dojedziemy, posługiwanie się mapą na Sycylii niepodobne jest posługiwaniu się mapą w jakimkolwiek innym miejscu na świecie - gubimy drogę i zamiast tego lądujemy w Palagonii.

Oboje uważamy zresztą wycieczkę do Palagonii za znak od losu. Przed wyjazdem S. czytał "Italienische Reise" Goethego i tam właśnie występował niejaki Prinz von Palagonia, bogaty czubek, dawna elita Palermo. Bardzo śmialiśmy się z księcia Palagonii, do tego stopnia, że urósł on w naszych rozmowach do synonimu idioty właśnie. W każdym razie widzimy Palagonię, urocze miasteczko w stóp gór. Mam przepyszny pomysł zerwania owocu kaktusa i zjedzenia go. S. jest oczywiście nastawiony sceptycznie (jak to zwykle do pysznych owoców i warzyw). Ja z kolei, jak na szalonego entuzjastę przystało, ładuję się w kaktusy. Kłują mnie one zresztą przez większość drogi na wschodnie wybrzeże - mają malutkie, bardzo cieniutkie igiełki, które włażą absolutnie wszędzie.

Wieczorem dojeżdżamy do Capo Campolato, wymyśliliśmy, że zanocujemy na kempingu położonym kilka metrów od brzegu. Niestety okazuje się, że to prawdziwe piekło - w nocy głośno jak w stołecznej dyskotece. Za nasze skargi dostajemy małe portfeliki. Też dobrze. Nie należy jednak zbytnio narzekać. Tego dnia po raz pierwszy widzimy w oddali Etnę: granatowy zarys na niebieskim niebie. Wygląda niesamowicie, góruje nad całym wybrzeżem, w szczególności nad Katanią. Przez cały czas wydobywa się z niej malutki obłoczek, śmieszna chmurka. Następnego dnia dowiemy się, jak niebezpieczna potrafi być Etna, i jak różna pogoda panuje zwykle w okolicach Etny od tej, do jakiej przyzwyczaiła nas przepiękna Sycylia.

Wieczorem zjeżdżamy pandą jeszcze do Brucoli, w którym jemy wspaniałą kolację w restauracji prowadzonej przez sycylijską rodzinę, "La Lanterna". Okazuje się, że ojciec pracował w Düsseldorfie, możemy więc spokojnie gadać po niemiecku. Siedzimy na tarasie, z którego widok jest taki właśnie, jak obok. Małe miasteczko portowe absolutnie nas zauroczyło. W mieście festyn, można pośpiewać, potańczyć. Miło. z tego dnia pochodzi niebywały przykład na to, jak można się dogadać bez znajomości języka. Przy wjeździe do Valle dei Templi musieliśmy zaparkować samochód w prywatnym gaju. Obsługujący go Sycylijczyk powiedział tylko: "Signora, a canta a Panda". I wszystko jasne. Nie muszę dodawać, że powiedzenie stało się ulubionym przy każdym parkowaniu.

Komentarze

  1. Świetna jest ta relacja! I fajne wakacje mieliście. :-)

    Nigdy nie jadłam kaktusa (przynajmniej świadomie ;-P). Nie, żebym nie chciała spróbować, ale znoszę kaktusowych igiełek, więc nie próbowałam nawet zrywać. ;-)

    Zgadzam się co do tej sztuki nowoczesnej niby-nawiązującej. W krakowie też pojawiła się na to moda i... bardziej mi się podobało bez niej...

    OdpowiedzUsuń
  2. myślę, że jadłaś kaktusa, np. w jakichś lodach gdzieś: owoc ma w środku takie charakterystyczne czarne kuleczki otoczone bardzo żółtą/ewentualnie czerwonkawą (w zależności od dojrzałości owocu) masą :) Na Sycylii można go kupić na każdym straganie albo... zerwać koło drogi gratis :)

    Wakacje... to wakacje mojego życia. Jeszcze nie mogę się pozbierać.

    A sztuka. Well. Świątynie sprzed ponad 2000 lat mówią same za siebie, nie potrzeba już pseudosztuki do tego.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty