Dzień 6 - Gola dell Alcantara, Mesyna, Capo Perolo, Oliveri

 Jak już wspominałam, po raz pierwszy podczas tej podróży obudził nas deszcz. Stwierdziliśmy, że nie będziemy pchać się do Mesyny na zwiedzanie, ponieważ nie mamy ochoty moknąć. Zamiast tego zachciało nam się podjechać do Gola dell Alcantara, koryta rzeki wyżłobionego przez lawę. Wiem, pokrętna logika, bo tu przed deszczem też niekoniecznie jest się gdzie schować, well. Urlop nie zawsze jest logiczny. Przejście tym niezwykłym, położonym na skałach ogrodem botanicznym zajęło nam prawie dwie godziny, ale warto było: widoki z samej góry są niesamowite. Głębokie żleby wcinają się łysymi zakosami coraz dalej i dalej w nurt rzeki. Krajobraz, podobnie jak na samej Etnie, jest dość księżycowy: same szarości, tylko trochę zieleni. Przy ładnej pogodzie można wypożyczyć wielkie gumowe ogrodniczki i wraz z przewodnikiem udać się w górę rzeki. Tego dnia było to jednak niemożliwe - ze względu na obfite opady deszczu stan wody był bardzo wysoki, a sama woda - lodowata (jedynie kilka stopni). Na trasie spotykamy wielu Anglików (zwłaszcza w sklepiku i kawiarence na górze), spotkania stanowią podstawę do głupich i niesamowicie krótkich rozmów na temat zimnej wody i śliskich kamieni. Pomagamy starszym paniom przejść przez wąską kładeczkę z kamieni i ruszamy w dalszą drogę do Mesyny, w której, czego wtedy jeszcze nie wiemy, nie zabawimy ani chwili.

Wjeżdżamy do Mesyny od południa. Mesyna była na naszej mapie jednym z "must do", absolutnym centrum wszechświata, obowiązkowym punktem na mapie. Okazało się jednak, że w Mesynie przedostanie się do centrum graniczy z cudem - samochody na ulicy wystrzeliwują ze wszystkich zakamarów, skutery prują złą stroną drogi, dozwolone jest przejeżdżanie przez chodnik między jezdniami, wyparkowywanie i wparkowywanie w dowolnym momencie jazdy bez migacza czy ostrzegania kogokolwiek, skręcanie z prawego pasa w lewo i z lewego w prawo. Po kilku minutach S. jest zielony i przerażony losem naszej małej Pandy (ja prowadzę). S. wrzeszczy, ja ryczę i nie widzę nawet drogi. Decydujemy, że Mesyna to sport dla prawdziwych twardzieli i że wyjedziemy pierwszym możliwym wyjazdem. Trochę to jednak trwa, ale w końcu się udaje. Z samego środka piekła trafiamy do raju: na Capo Peloro (fot. 2), z którego widać już Kalabrię i stały ląd. Wieje bardzo mocno, wszędzie kite'y i urocze obłoczki. Przystajemy na lunch. Wśród trzech najpiękniejszych widoków, jeśli miałabym takie wybrać na Sycylii, Capo Peloro zajmuje bardzo mocne miejsce w moim sercu.

W drodze z Capo Peloro do następnego przystanku znowu leje (fot. 3). Deszcz jest tak silny, że musimy zjechać z autostrady i przeczekać. Nie widać absolutnie nic. Grzmi. Decydujemy, że tej nocy nie będziemy spać w namiocie, tylko znajdziemy sobie jakiś hotel. Zresztą do pola namiotowego i tak nie można dojechać - kałuże są gigantyczne, postanawiamy nie ryzykować zalania silnika. Zatrzymujemy się w Oliveri (fot. 4), z którego widać wspaniale dość niezwykłą formację na plaży - niezwykle długą, piaszczystą łachę. Niestety, nie będzie nam dane jej obejrzeć. Pogoda psuje się znowu niespodziewanie, niebo robi się czarne i postanawiamy nie oddalać się zbytnio od hotelu. W zasadzie oznacza to, że na kolację idziemy na drugą stronę ulicy.

W nocy straszna burza, pioruny walą dokładnie tak, jak sobie wyobrażam, że walą na Etnie. A może to pioruny w mojej głowie, takie udane, bo podsycane opowieściami o durnych turystach, którzy lezą na wulkan? W każdym razie śpię źle, mimo że po raz pierwszy od kilku nocy leżę w czyściutkiej pościeli, bezpiecznie zamknięta na klucz, dookoła nie biegają dzikie psy i nie mam żadnych kamieni pod plecami. Jakie to ciekawe, że najstraszniejsze strachy to te, które sami sobie wymyślamy.
Rano jemy śniadanie w hotelu, rany, co za burżujstwo. Poznaję znaczenie niemieckiego słowa "ranzig" - takie właśnie jest masło, które podano nam do śniadania. Moje ma na sobie nawet trochę pleśni. Rezygnuję z masła, zapycham się świeżym croissantem. Wyruszamy w dalszą drogę.

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty