Dzień 5 - Etna, Taormina i grzmoty
Wycieczkę zaczynamy od podjazdu do Piano Provenzana, jednej z miejscowości, z których można ruszyć dalej na Etnę. W Piano Provenzana znajduje się wyciąg narciarski (wjazd: bagatela 15 euro), którym można dostać się troszkę wyżej. Z tego wyżej przy dobrej pogodzie widać czynne kratery Etny (sztuk 4), przy złej, jaka niestety przypadła nam w udziale, widać niewiele. Ale na pewno widać czarne jak smoła trasy lawy, wyschnięte drzewa na jej drodze i, podobno, mnóstwo przeróżnych zwierząt. Na górze wyciągu czeka na turystów kilku przewodników. Niepozorny koleś w moim mniej więcej wieku zaczyna nas oprowadzać dookoła (promień wycieczki: nie dalej niż 150 metrów, pogoda tego dnia jest tak niepewna, że w każdej chwili może zacząć się burza). Niesamowicie opowiada o tym dziwnym miejscu, o tym, jak przebiega ewakuacja w razie wstrząsów (na całej Etnie znajdują się czujki) i jak łatwo być tu bezmyślnym turystą...
No właśnie, bezmyślnym turystą. Wygłupiamy się na potęgę (fot. 2), ale tak naprawdę nie jest nam do śmiechu. Jeżeli zacznie się burza trzeba, ze względu na bardzo wysokie naładowanie ziemi metalem, czmychać czym prędzej do schronienia (nie muszę chyba mówić, że takich zbyt wiele na wulkanie nie ma?), bo pioruny walą na oślep co kilka sekund. Niesamowite. Pogoda jednak troszkę odpuszcza i z górnej stacji wyciągu schodzimy już pieszo. Na dole: drewniane domki - sklepiki, bary. W razie potrzeby szybko transportowalne na niżej położone tereny. Krajobraz księżycowy. Lunch jemy na ławeczce ze jednym z takich śmiesznych domków i zastanawiamy się, czy dwoje turystów, którzy mimo ostrzeżeń ratowników zdecydowali się pójść sporo nad górną stację wyciągu, jest już usmażonych. Wiem, mało zabawne.
Po południu zjeżdżamy do Taorminy. Taormina okazuje się być najpiękniej jak do tej pory położonym miasteczkiem (sporo nad poziomem morza, z widokiem na miasta na wybrzeżu a, przy dobrej pogodzie, także na Etnę), choć nie najpiękniejszym.Sporo tu turystów, wszyscy oglądają dokładnie to samo (może dlatego, że niewiele jest do oglądania - miasto ma jedną ulicę - deptak, na której są wszystkie kościoły, katedry i biblioteki). Miasto podobno przeżywało w latach 30 XX wieku prawdziwe oblężenie sław. Nie przepuścimy takiej okazji: piję najlepszy w życiu sok pomarańczowy (nie muszę dodawać, że również cena jest zabójcza) w knajpie, w której Tennessee Williams tworzył "Tramwaj zwany pożądaniem", w "Shaker Bar" przy jednym z głównych placów miasteczka. Wizyta w sklepie spożywczym (brzoskwinie!) uświadamia mi, że niektórzy nigdy nie polubią mamonodajnych turystów. Znikamy.
Wieczorem dojeżdżamy na rodzinny kemping dość daleko od plaży (mimo to wybieramy się, aby chociaż zamoczyć nogi) na polu z drzewkami. Jemy przepyszna kolację - ja chyba najlepsze w życiu kluski, a S. kurczaka ze szpinakiem. Ojciec właściciela przez cały wieczór jeździ w kółko na rowerze, czym doprowadza mnie do szału. Tu po raz pierwszy pojawiają się komary, a w nocy zaczyna grzmieć w oddali i potężnie padać. Obudzeni przez rzęsisty deszcz i niską temperaturę o 7 rano pakujemy się i ruszamy w dalszą drogę.
No właśnie, bezmyślnym turystą. Wygłupiamy się na potęgę (fot. 2), ale tak naprawdę nie jest nam do śmiechu. Jeżeli zacznie się burza trzeba, ze względu na bardzo wysokie naładowanie ziemi metalem, czmychać czym prędzej do schronienia (nie muszę chyba mówić, że takich zbyt wiele na wulkanie nie ma?), bo pioruny walą na oślep co kilka sekund. Niesamowite. Pogoda jednak troszkę odpuszcza i z górnej stacji wyciągu schodzimy już pieszo. Na dole: drewniane domki - sklepiki, bary. W razie potrzeby szybko transportowalne na niżej położone tereny. Krajobraz księżycowy. Lunch jemy na ławeczce ze jednym z takich śmiesznych domków i zastanawiamy się, czy dwoje turystów, którzy mimo ostrzeżeń ratowników zdecydowali się pójść sporo nad górną stację wyciągu, jest już usmażonych. Wiem, mało zabawne.
Początek - super! Wyciąg linowy - hiper!
OdpowiedzUsuń...ale to o burzy już nie super ani hiper. Teraz będę unikać wulkanów...
Lubię w Twoich relacjach z podróży to, że fajnie dostrzegasz detale: przede wszystkim związane z jedzeniem, ale też takie fajne szczegóły, które sprawiają, że to wszystko robi się takie prawdziwe!
takie dla mnie były te wakacje. Na wszystko cieszyłam się jak dziecko, więc widziałam też chyba więcej, niż widzę np. w Warszawie. Muszę to kiedyś powtórzyć na Sycylii, może w jakąś trochę inną stronę... :)
OdpowiedzUsuń